Klub Żeglarski OstródaKlub Żeglarski Ostróda
# Życzenia dla:
Pogoda dla Ostródy # Pogoda dla Żeglarzy # Telefon +48 573 363 425
Klub Żeglarski Ostróda na  Facebook
Współpracujemy
Animex S.A. Morliny
JEANNEAU by Ostróda Yacht
 
 
Klub Żeglarski Ostróda
 
 
Dane zawarte na stronie nie stanowią
oferty handlowej.

©
Klub Żeglarski Ostróda

Rejs Ostróda - Kłajpeda - Zalew Kuroński - lipiec 2019 r.
 
Przygotowania do rejsu
Sam pomysł rejsu zrodził się kilka lat wcześniej, kiedy to samorząd Gminy Ostróda odnowił kontakty z samorządem litewskiej gminy Silute (pol. Szyłokarczma), a która to znajduje się opodal ujścia Niemna do Zalewu Kurońskiego. Ostateczna decyzja zapadła we wrześniu 2017 r., kiedy to pod wodzą Kazika Punpura, jako gminna ekipa wygraliśmy międzynarodowe zawody w gotowaniu zupy rybnej. Sama konkurencja odbyła się na przystani jachtowej portu w Silute. Stamtąd też stateczkiem turystycznym zwiedziliśmy przy okazji fragment delty Niemna i Zalewu Kurońskiego, co nasunęło myśl dotarcia tam na żaglach, płynąc jachtem z Ostródy. Czas rejsu w obie strony według przybliżonych wyliczeń miał wynieść równo 2 tygodnie.
Jako się rzekło, rejs miał odbyć się wcześniej i był kilkakrotnie przekładany. A to kanał był zamknięty w trakcie rewitalizacji (lata 2012-2015), a to jacht był remontowany, a to trudno było zebrać w jednym czasie i miejscu załogę, a to się ktoś w ostatnim momencie wykruszał... Koniec końców stanęło na tym, że "deadline" to lipiec 2019 r., a konkretnie ranek 17 lipca.
Wielu żeglarzy (sądzić należy, że na śródlądziu jest to zjawisko powszechne i standardowe) lekceważy, uznając je za fanaberie ustawodawcy, bądˇ też nawet w ogóle nie zna przepisów dotyczących obowiązkowego wyposażenia jachtu (statku) w środki ratunkowe. Co jednak większości uchodzi "na sucho" na śródlądziu, to na pewno nie powinno mieć miejsca na morzu. Wszak z wodą i żywiołem nie ma żartów, a w końcu nie chodzi tu o uniknięcie jakiejś głupiej kontroli, grzywien i mandatów, ale o życie ludzkie.
Tak więc jeśli nawet "na co dzień" nie wozi się wszystkiego "obowiązkowego" ze sobą, to tym razem, płynąc w taki rejs, należało uzupełnić wyposażenie w stopniu przynajmniej dostatecznym. Od czego są jednak Klub i członkowie Klubu oraz znajomi żeglarze? Zawsze coś można na daną chwilę dobrać lub pożyczyć...
Po pierwsze, obowiązkowe jest oznakowanie jachtu nazwą i numerem rejestracyjnym, to zaś (rejestracja POL) nastąpiło jeszcze pod koniec 2015 r., z myślą o rejsie w 2016 r. Ciekawostką jest, że taka rejestracja wymagała podania jako portu macierzystego - portu morskiego na terytorium RP, co w przypadku Ostródy oznaczało niejako "z automatu", jakże naturalny wybór - Elbląg, czyli że nasz jacht posiadał finalnie na rufie, po przeciwnych stronach, dwa porty: morski Elbląg i śródlądową Ostródę...
Ponieważ załoga miała liczyć cztery osoby, na wyposażeniu jachtu o tej długości musiały znajdować się m.in. 4 kamizelki ratunkowe oraz 1 koło ratunkowe z nietonącą liną asekuracyjną o długości 30 m, 1 gaśnica proszkowa (2 kg), 1 bosak, kilka obijaczy oraz apteczka pierwszej pomocy. To zaś dotyczyło jedynie wymagań na śródlądziu, a więc naszego pływania po jeziorach, kanałach i Wiśle. Do tego doszły rzeczy związane z pływaniem morskim. Na dodatkowym wyposażeniu znalazło się drugie koło ratunkowe, pneumatyczna tratwa ratunkowa, pławka dymna pomarańczowa, kieszonkowa minirakietnica (6 rakiet spadochronowych czerwonych) oraz osprzęt kotwiczny w postaci dwóch kotwic. Na osobistym wyposażeniu znalazły się również sztormiaki i czapki wełniane (na nocne pływanie) oraz wykonane własnym sumptem szelki bezpieczeństwa z "wąsami".
Napęd podstawowy stanowiły dwa żagle dakronowe - grot (trzymany w lazy jacku) oraz fok (zwijany na rolfoku). Na wszelki wypadek zabraliśmy dodatkową parę starszych żagli oraz jeden mniejszy fok sztormowy. Napęd pomocniczy stanowił doczepiany silnik 4-suwowy Mercury o mocy 5KM. Silnik taki niewątpliwie sprawdza się na śródlądziu, gorzej morze być na morzu. Doświadczenie uczy (w czasie wcześniejszych rejsów mieliśmy pewne trudności z płynięciem pod dużą falę i bardzo silny wiatr), że dla tego typu małych jachtów balastowych wskazana jest moc co najmniej 7 KM. Tu jednak postawiliśmy na sprawdzoną niezawodność konkretnego egzemplarza... W trzech zbiornikach zabieramy ze sobą ok. 60 litrów benzyny.
Równie ważnym elementem wyposażenia był radiotelefon VHF, służący do prowadzenia nasłuchu oraz do wywoływania kapitanatów przy wchodzeniu i wychodzeniu do portu. Nie wszystkie porty tego wymagają, ale w przypadku Helu i Kłajpedy to "oczywista oczywistość". Jako sprzęt nawigacyjny pomocą służyć miał leciwy, podarowany wcześniej kompas magnetyczny, ale tak naprawdę to wykorzystywany był mniejszy, mocowany w kokpicie, niby zapasowy. Oczywiście wykorzystywany był też bateryjny i niewątpliwie starego typu ręczny namiernik GPS (Garmin eTrex z ok. 2000 r.). Do urządzenia tego należało wcześniej wprowadzić koordynaty punktów, do których zamierzało się dopłynąć. Pomocne były również stosowne aplikacje w telefonie komórkowym. Te zaś udogodnienia (z uwagi na konieczność oszczędności energii) służyły jedynie do wykonania pierwszych namiarów i ewentualnej, okresowej korekty ustalonych w ten sposób kursów kompasowych bądˇ do mierzenia prędkości. Telefony można było podładowywać samochodową wtyczką na zapalniczkę z akumulatora, a także skorzystać z przenośnego powerbanku. Akumulator służył również jako ˇródło zasilania zewnętrznego oświetlenia nawigacyjnego - zielonego i czerwonego światła burtowego oraz białego topowego. Ponadto w zestawie nawigacyjnym znalazła się lornetka, raczej słabo działający barometr, mapy i locje południowo-wschodniego Bałtyku, zestaw do pracy na mapach oraz spis świateł i książkowa locja portów litewskich i Zalewu Kurońskiego.
Wbrew powszechnemu mniemaniu, kolejną istotną kwestią jest ubezpieczenie. No bo niby co nam się może stać?! Jednak przynajmniej w teorii powinno się ubezpieczyć wszystko, co się da. Zarówno siebie i członków załogi od następstw wypadków, a także sam jacht. Przy czym nie chodzi tyle o "święty spokój" co do naszego mienia i wyposażenia, ile raczej o wymogi formalne (w zależności od kraju dana marina może uzależniać wejście i wyjście od posiadania stosownych dokumentów) oraz o zniwelowanie ewentualnych szkód, jeśli to my uderzymy w coś lub kogoś, zapewne znacznie droższego... Postanowiliśmy się zatem ubezpieczyć, co jednak udało się "połowicznie". Okazuje się, że jachty w takim rejsie ubezpiecza tylko jeden ubezpieczyciel, a na dodatek "oddział gdański", że trzeba czekać co najmniej tydzień i nawet wówczas nie wiadomo czy "da się ubezpieczyć", o wysokości stawki nie wspominając... Koniec końców poprzestaliśmy na ubezpieczeniu osobowym. Nota bene w portach, które tym razem odwiedziliśmy, nikogo takie dokumenty nie interesowały, co najwyżej długość jachtu i kwota dobowej opłaty do uiszczenia...
W przeciwieństwie do poprzednich rejsów (Kaliningrad i Zalew Wiślany, Borholm i Bałtyk), ważne że płynął z nami Romek, osoba zaprawiona i obeznana z morskim pływaniem, przede wszystkim z locją i nawigowaniem. Inaczej bowiem wygląda pływanie, kiedy żegluje się po morzu, ale "za dnia" i gdy widoczny jest brzeg, albo gdy rejs polega na dobowym (dziennym) pływaniu od portu do portu, a diametralnie inaczej, kiedy żeglowanie to kilkudniowa, na przemian dzienno-nocna eskapada bez możliwości stanięcia w porcie. Nasz nowy członek Klubu co prawda życie zawodowe związał z kopalnią Wujek, ale teraz na górniczej emeryturze pływa "po morzach i oceanach", od Grecji po Szpicbergen. Szybko i doskonale wszedł w rolę naszego jachtowego "skippera", prowadzącego dodatkowo dziennik pokładowy.
Niezmienny (choć po kapitalnym remoncie) był z kolei balastowy jacht "Kronosmog" o długości nieco ponad 7 m, de facto "old-timer", bo zbudowany jeszcze w 1967 r. w Ostródzkich Zakładach Okrętowych jako jednostka typu Weekend-Kreuzer. Poszycie to oblaminowana klepka, a cechą charakterystyczną są dwa boczne tzw. falszkile, czyli zapewniające bezpieczeństwo balasty. Jak zwykle znajdą się plusy oraz minusy takiego rozwiązania (to nie jest łódka na regaty), jednak idealnie sprawdza się to choćby na platformie wózka pochylniowego. Jednostka po wyjściu z wody praktycznie sama osiada na balastach, niemalże nie wymagając asekuracji… Ciężar takiej łodzi to ok. 2,5 t, przy zanurzeniu 0,90 m. Na śródlądziu, w przeciwieństwie do większości łodzi mieczowych lub mieczowo-balastowych - to dużo, a więc czasem są trudności np. przy podejściach do samego brzegu, jednak na wodach morskich, a zwłaszcza obfitujących w mielizny wodach zalewowych - to mało i jest wartością nie do przecenienia...
Dwa dni przed wypłynięciem robimy wspólne zakupy, wcześniej dokonując zrzutki po kilkaset złotych oraz po 50 Euro na konieczne opłaty za granicą. Żywność to tradycyjnie jakieś konserwy, pasztety, fasolki, makarony, pulpety plus napoje i wody do picia i gotowania. Tym razem dodatkowo duże ilości "gorących kubków" i gotowanej czekolady, co niewątpliwie najbardziej przydatne będzie w czasie morskiego, długiego pływania, bo i zrobić najłatwiej i najszybciej. Ostatecznie zakupów zrobiliśmy tyle, jakby to miał być rejs miesięczny, a nie 2-tygodniowy…
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
mapka z trasą rejsu;kolorem
białym oznaczono część
skorygowanej trasy powrotnej
gotowanie zupy rybnej na zawodach w porcie w Silute, we wrześniu 2017
zejście jachtem na wózku po pochylni Jelenie
wpłynięcie na wody jeziora Druzno
 
Dzień 1 - środa, 17 lipca 2019
Rankiem, tuż przed wypłynięciem, kupujemy chleby, pakujemy resztę rzeczy oraz kładziemy maszt. Można wreszcie odbić od pomostu…
Jeszcze kilka lat temu realne było planowanie podróży z Ostródy do Elbląga na jakieś 12 godzin. Zakładając wypłynięcie o 7 rano, elbląski Bulwar Zygmunta Augusta można było osiągnąć około godziny 19. W środku lata to wciąż pełnia dnia, dzięki czemu można jeszcze było do zmroku przejść Kanał Jagielloński i o zachodzie zakotwiczyć gdzieś na Nogacie. Obecnie takie planowanie jest dość problematyczne, gdyż bazuje na założeniu, że jacht przejdzie odcinek pochylniowy w ciągu ą 2,5 godziny. Tymczasem ruch pasażerski na pochylniach rośnie, przy czym nie chodzi tu nawet o sam wzrost liczby statków pasażerskich, co raczej częstotliwość ich rejsów. Coraz mniej jest wycieczek długich, takich jak choćby niegdysiejszy rejs Ostróda-Elbląg, gdzie dany statek w danym dniu przechodził pochylnie tylko jednokrotnie, w jedną stronę, a coraz więcej jest rejsów krótkich, z przechodzeniem 2-3 pochylni, w tę i z powrotem. No a zarobkujące statki pasażerskie mają pierwszeństwo wejścia na wózek względem oczekujących jednostek rekreacyjnych, takich jak jachty czy houseboaty. Znaczenie ma więc moment dopłynięcia do pochylni, tj. w turystycznych godzinach "szczytu", czy poza nimi…
My wypływamy tuż przed godziną 8.00 rano. Wcześniej kładziemy maszt, z założeniem, że postawimy go dopiero przed samym wpłynięciem na Wisłą, po przejściu śluzy Gdańska Głowa. To pozwoli nie tylko przechodzić pod wieloma mostami kanałowymi, ale pozwoli uniknąć czekania na otwarcie zwodzonych mostów w Elblągu i na Szkarpawie. Zakładamy, że pierwszego dnia dopłyniemy tak daleko, dokąd się da. Może do Elbląga, może dalej. Tak, czy inaczej - na koniec następnego dnia powinniśmy być na Helu. Członków załogi miało być 4, no i tak stanie się od Kłajpedy, kiedy dołączy do nas Henryk. Tymczasem wypływamy we trójkę. Ta część rejsu to przynajmniej dla dwójki z nas rutyna. Po godzinie z okładem śluzowanie na śluzie Zielona, kolejne pół godziny z okładem i śluza Miłomłyn. Dalej jeziorami i kanałowymi łącznikami do pierwszej pochylni w Buczyńcu. Opłaty za śluzowanie i przejście pochylni są takiej samej wysokości (w lipcu 2019 r. to 7,30 zł za jedno), przy czym płatności dokonywać trzeba na każdej śluzie osobno, a w przypadku pochylni na pierwszej skrajnej, za wszystkie 5 naraz (oczywiście, gdy zamierza się płynąć dalej i pokonać wszystkie).
Stosunkowo długo i mozolnie płyniemy rynnowym jeziorem Ruda Woda. Wieje idealnie od północy, mocno spowalnia płynięcie pod duży wiatr i falę, a dystans to aż 12 km. Podobnie na następnych jeziorach, a więc na Sambrodzie i Piniewie. Koniec końców dopływamy do górnego stanowiska pochylni Buczyniec tuż przed godz. 16. Tu musimy przepuścić (czekać aż podejdzie z dołu) jedynie jeden stateczek. Na pochylniowy wózek wpływamy około godz. 16.20. Ponieważ pochylnie są co do zasady czynne do godz. 19, wiemy, że je spokojnie dzisiaj przejdziemy wszystkie. Mamy fart, tuż po tejże 19. kończymy "pływać po trawie", nie musząc ustępować pierwszeństwa, mijając za to kilka statków pasażerskich płynących ostatni raz w kierunku przeciwnym. Po zejściu z końcowej pochylni Całuny płyniemy jeszcze krótkim, 4-kilometrowym odcinkiem Kanału Elbląskiego (to jego koniec lub też początek) i wpływamy na zarośnięte i płytkie wody jeziora Druzno. Długość tego akwenu (pogłębiony tor wodny dla statków) to również blisko 12 km. Innymi słowy do rzeki Elbląg i samego Elbląga dopływamy już o zmroku, tuż po godzinie 21. Przepływamy pod mostem kolejowym, bez większych problemów przechodzimy pod zwodzonym Mostem Wysokim, następnie pod kolejnym mostem zwodzonym, tym razem (rzeczywiście) Niskim, choć ledwo co, szorując topem położonego masztu o jego metalowy spód. Około godz. 22 cumujemy w pierwszym dogodnym miejscu na rozwidleniu początkującym Kanał Jagielloński. Jest już ciemno, dalej płynąć, nie dość że nie wolno, to nie ma też większego sensu… Przepłynęliśmy blisko 78 km i tak oto skończył się dzień pierwszy.
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
wewnątrz komory śluzowej na śluzie Gdańska Głowa
zbliżając się do końca Wisły
cumując przy nabrzeżu jachtowym w porcie Hel
próba "odklejenia się"
od Helu
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
pod koniec pierwszego dnia na pełnym morzu
pierwszy zachód słońca na pełnym morzu.
nawigowanie z mapą
poranne otwarcie mostu i wejście do portu zamkowego w Kłajpedzie
 
Dzień 2 - czwartek, 18 lipca 2019
Aby mieć więcej czasu i pewność dotarcia do Helu, nazajutrz wyruszamy tuż po świcie, o godz. 4.40. Poranna toaleta i śniadanie zostają przesunięte na czas płynięcia Nogatem. Pokonujemy na silniku Kanał Jagielloński (6 km) i po godzinie, ok. 5.30 wpływamy na Nogat, którym płyniemy w kierunku Zalewu Wiślanego (11 km); tam też - na jego ujściu, widząc Zalew po prawej burcie, odbijamy na zachód, wpływając na Szkarpawę, będącą dawną, wschodnią odnogą Wisły. Dzięki położonemu masztowi udaje nam się przejść pod stosunkowo niskim mostem zwodzonym w Rybinie, a następnie (znacznie wyższym) w Drewnicy. Krajobraz raczej monotonny, bo żuławski. Po kolejnych 4 godzinach płynięcia (26 km) docieramy do śluzy Gdańska Głowa. Z uwagi na niemal równe poziomy wód, śluzowanie trwa ledwie chwilę, bo polegało ono na zamknięciu jednych i niemal jednoczesnym otwarciu drugi wrót. Przy dalbach po drugiej stronie wałów stawiamy wreszcie maszt, pod prawym salingiem wieszamy banderkę litewską (czyli kraju wkrótce odwiedzanego), na prawym flagsztoku polską i o godz. 11.30 wpływamy na wody Wisły. Wiatr niezmiennie północny, choć słaby. Płyniemy raczej z prądem niż pod falę. Oznacza to jednak, że w drodze na Hel czeka nas halsówka… Po dwóch godzinach i przepłynięciu 11,5 km, około godz. 13.20 wpływamy na wody Zatoki Gdańskiej. Wreszcie morze, jeszcze chwila na silniku, aby minąć piaszczyste łachy i tzw. "kierownice", i w końcu stawiamy żagle. W ruch idzie GPS, ustawiamy kurs kompasowy pierwszego halsu i płyniemy w stronę Helu. W tym dniu śródlądziem przepłynęliśmy około 55 km. Na morzu wiatr słaby o kierunku północnym (N) i słabej sile 2 Beauforta. Przed samym krańcem półwyspu wykonujemy dwa, trzy zwroty, ale i tak ostatecznie musimy pomóc sobie silnikiem. Tuż po godz. 20, po przepłynięciu blisko 30 km morzem, wpływamy w główki portowe i cumujemy przy kei na Helu. Pora na odpoczynek, po blisko 16 godzinach ciągłego płynięcia.

Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
wewnątrz basenu portowego w Kłajpedzie.
cumując przy nabrzeżu jachtowym w porcie zamkowym
widok ze szczytu bastionu zamkowego; pośrodku "Kronosmog", dalej bosmanat i przesmyk Zalewu Kurońskiego
widok ze szczytu bastionu zamkowego; na pierwszym planie fragment portu, pośrodku rzeka Danga, na dalszym planie wody Zalewu
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
litewski żaglowiec-muzeum "Meridianas" na rzece Danga
spotkanie z załogą elbląskiego jachtu "Szafir" w kłajpedzkim porcie
muzykowanie na "Szafirze"
płynięcie na Zalew Kuroński, wzdłuż nabrzeży portu handlowego w Kłajpedzie.
 
Dzień 3 - piątek, 19 lipca 2019
Prognozy pogody przewidują słoneczną aurę i wiatr 2-3 B, jednak w piątek wiatr ma być już z kierunku północno-wschodniego (N-E), a więc najbardziej niekorzystny, bo idealnie wiejący od strony, leżącej na północny wschód od Helu, Kłajpedy. Wiatr ma się jednak zmieniać na bardziej korzystny, w sobotę na wschodni (E), a w niedzielę nawet na południowo-wschodni (S-E) do południowego (S). Postanawiamy zatem przeczekać ten piątkowy dzień na Helu. Mając korzystny wiatr i tak ten "stracony dzień" nadrobimy. Coś tam zwiedzamy, coś tam plażujemy, wieczorem jakaś knajpka z szantami i jednym piwem. Czekamy na sobotę, na wyjście z portu i prawdziwość pogodowych przepowiedni…
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
widok na trzeci port jachtowy w Kłajpedzie, usytuowany na Mierzei Kurońskiej
polska i niemiecka bandera na głównym maszcie portu w Nidzie
cumując przy pomoście portu w Nidzie
nasza załoga z władzami Nidy i Silute przy główce portowej w Nidzie
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
replika łodzi kurońskiej przy nabrzeżu portowym w Nidzie
łódˇ kurońska oraz maszty z wimplami kurońskimi w Nidzie
widok na wydmy Mierzei Kurońskiej z portowej promenady w Nidzie
podejście do punktu widokowego na wydmach
 
Dzień 4,5,6 - sobota, niedziela, 20, 21 ipca 2019
Niestety, prognozy nie do końca się sprawdziły, gdyż jak się póˇniej okazało, wszystko opóˇniło się o dobę. W sobotę wiatr niezmiennie wiał (ledwo co) z kierunku N-E. Pomimo to postanowiliśmy wypłynąć, licząc na to, że (zgodnie z prognozą) z każdą godziną będzie on "odkręcał". Ponadto woleliśmy już stać na morzu, niż w porcie. Z główek portowych wyszliśmy o godz. 8.00, rozpoczynając żmudną halsówkę w kierunku Kłajpedy. Przez pierwszych kilka godzin nie mogliśmy "odkleić się" od Helu, który był ciągle w zasięgu naszego wzroku…
W liniach prostych z portu na Helu do wejścia w przesmyk Zalewu Kurońskiego w Kłajpedzie to jakieś 194 km, czyli 120 mil morskich. Przy korzystnym wietrze, bez konieczności halsowania i sile wiatru 3-5 B, a więc prędkości ok. 5-7 km/h, taką drogę można przebyć w jakieś 35 godzin. Przy takich założeniach, wypływając z samego rana, należałoby płynąć cały dzień i noc oraz do wieczora dnia następnego. To jednak była (w naszym przypadku) jedynie teoria i raczej pobożne życzenie.
Po pierwsze, należało w "bezpiecznej" odległości minąć brzegi Federacji Rosyjskiej (Obwód Kaliningradzki), a konkretnie Półwysep Sambijski. Absolutne minimum to odległość 12 mil morskich (22 km), wyznaczająca wody międzynarodowe. Wiedząc jednak, że Rosjanie lubią przeprowadzać manewry wojskowe poza tą strefą, wyznaczyliśmy sobie tzw. "punkt przełamania" w odległości ponad 20 Mm (37 km) od lądu, o współrzędnych geograficznych 55?11'00'' N oraz 19?40'00'' E. To zaś oznaczało, że w linii prostej musimy przepłynąć do Kłajpedy jakieś 110 Mm (ponad 200 km). Pod drugie, wiatr był ciągle z kierunku N-E, co wymagało długiego halsu, no i niezbyt silny, bo 2-3 B. Konieczna zatem droga do przebycia była jeszcze dłuższa, a prędkość mniejsza od zakładanej (po minięciu Sambii, przez jakieś 2 godziny nawet wspomagaliśmy się silnikiem). Będąc już na morzu i korzystając od czasu do czasu z GPS, w trybie ekspresowym zaczęliśmy się przestawiać na liczenie odległości w milach, a prędkości w węzłach (knotach), czyli milach na godzinę. W naszym przypadku średnia prędkość wynosiła ok. 3 kts, czyli niecałe 5 km/h.
Zachodzi słońce, przed godziną 22 zapada nasz pierwszy zmrok na morzu, na wysokości Obwodu Kaliningradzkiego zaczynamy pierwsze nocne pływanie. Ruch innych jednostek praktycznie zerowy. Zapalamy światła pozycyjne, ale niesamowicie świeci księżyc, który akurat jest w samej pełni. Tu ujawnia się jeden z minusów nocnego pływania małym jachtem. Przy większej ilości członków załogi, można ją podzielić na kilka np. 2-osobowych wacht. W naszym przypadku jeden mógł co najwyżej kłaść się na 2 godziny (nie mogąc raczej zasnąć), po czym musiał zmieniać kolegę w kokpicie. Na dłużą metę jest to nużące... Mija północ, wiatr powoli odkręcił na wschód (E), wiejąc z siłą do 3 B. W zasadzie podróż byłaby monotonna, gdyby nie drobny szczegół, a mianowicie na lewej, zawietrznej burcie odkręciła nam się i "puściła" jedna beczka ściągacza na wancie. Szybka reakcja, ściągnięcie beczki i dokręcenie od razu nakrętek na wszystkich wantach oraz sztagu. Dały o sobie znać nawyki ze śródlądzia, a w zasadzie brak nawyku ciągłego sprawdzania i monitorowania stanu osprzętu. Po jakiejś godzinie słońce wzeszło, a całkiem jasno zrobiło się około godz. 4:30, przy czym brzask pojawił się już znacznie wcześniej.
Do południa wiatr zaczął skręcać na S-E do S. Wypłynęliśmy nawet znacznie dalej na zachód od "punktu przełamania", przez chwilę wiatr niemal ucichł (załączyliśmy silnik), pod czym po godz. 13 zaczął wiać z kierunku południowo-zachodniego (S-W), a po 17 nawet z kierunku zachodniego (W). Był więc korzystny dla płynięcia do Kłajpedy, jednak wciąż słaby, 2-3 B, w rzadkich, nielicznych porywach do 4B. Średnia prędkość niezmiennie wynosiła 2,5-3 do 4 knotów. W takich okolicznościach zapadł kolejny zmierzch, gdzieś na horyzoncie zamajaczyły w końcu światła miasta i portu Kłajpedy, włączyliśmy światła pokładowe i około godz. 23 zaczęliśmy przygotowania do podejścia, w pierwszej kolejności zrzucając żagle i uruchamiając silnik. Od strony zachodniej widać było kilka świateł statków handlowych, stojących na redzie.
Samo wejście do kłajpedzkiego portu nie jest bezpieczne nawet za dnia, zwłaszcza przy bocznym wietrze i fali. Wodny prześwit jest de facto północnym zwężeniem Zalewu Kurońskiego, gdzie od strony wschodniej mamy stały ląd (z nabrzeżami portowymi), a od zachodniej ramię Mierzei Kurońskiej (z delfinarium). Średnia szerokość tego odcinka to około 400-500 m, jednak w morze wychodzą dodatkowo kamienne nasypy z główkami portowymi i namiernikami, gdzie prześwit wynosi ledwie 250 m. Tu niezwykle pomocny okazał się kunszt Romka, który bezbłędnie odczytywał znaki i sygnały świetlne. On też przeprowadził krótką rozmowę przez radiotelefon z kapitanatem portu (Traffic Port Control), uzyskując zgodę na wejście. W zasadzie wystarczyło podać nazwę i przynależność państwową jachtu oraz liczbę członków załogi. Wszystko po angielsku. Jeszcze tylko jakieś pytanie, gdzie zamierzamy płynąć dalej (tu odpowiedˇ: Nida), no i polecenie, aby na innym kanale wywołać służby celne. Wchodzimy więc równo o północy pomiędzy główki portowe (na Litwie jest już godzina 1 po północy), płynąc na białe światła nabieżnikowe, następnie pomiędzy zielonymi i czerwonymi ogranicznikami toru wodnego. Na podanym kanale nikt z celników się nie zgłasza, płyniemy więc dalej.
Po blisko 4 kilometrach płynięcia wzdłuż brzegu Mierzei, mieliśmy do wyboru zacumowanie po przeciwnej stronie w dwóch portach jachtowych: w tzw. "starym porcie" (z bezpośrednim dostępem do wód zalewowych), umiejscowionym u samego ujścia rzeki Dangi (lit. Danes), bądˇ też w tzw. "porcie zamkowym", jakieś 250 m w górę tejże rzeki. Ponieważ w tym pierwszym porcie umówiliśmy się wcześniej z Henrykiem, który już cały dzień czekał na nas, krążąc po mieście i nabrzeżach, dobiliśmy około naszej 00:45 na chwilę wewnątrz basenu właśnie starego portu. Uznając, że nie ma w nim zbyt wiele wolnego miejsca, a nadto że jest dość mało "atrakcyjny", już w 4-osobowym komplecie odbiliśmy przez chwilę na Zalew, po czym rzeką dotarliśmy ok. godz. 1:00 (wg czasu litewskiego 2:00) przed wejście do jachtowego "portu zamkowego". Nazwa przystani narzuca się samoistnie, gdyż tamtejszy basen portowy jest przystosowaną dla żeglarzy fosą, otaczającą dawne, ziemne nasypy fortu obronnego. Trochę to przypomina współczesne wykorzystanie fosy w gdańskiej Twierdzy Wisłoujście. Niestety, na naszej drodze znalazł się obrotowy most (kładka) dla pieszych, akurat na nocy dla jachtów unieruchomiony. Postanawiamy do samego portu wpłynąć za dnia, teraz tylko wiążąc się i mocując do dalb i drewnianego okratowania nabrzeża, tuż przed samym mostkiem. Idziemy spać, po około 41 godzinach nieprzerwanego płynięcia. Tak rozpoczynał się dzień szósty naszej podróży, choć dla nas bardziej kończył się dzień piąty...
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
widok z tarasu widokowego na Mierzeję Kurońską i obiekt przyrodniczy UNESCO, w kierunku Zalewu i granicy z Rosją
wypatrując ujścia Niemna do Zalewu Kurońskiego
boja nawigacyjna na ujściu Niemna
wpływając na rzekę Niemen
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
latarnia "morska" nad Niemnem
wpływając na rzekę Sysa
wejście do portu jachtowego w Silute
szukając miejsca postojowego w porcie w Silute
 
Dzień 8 - poniedziałek, 22 lipca 2019
Około tamtejszej godziny 8.00 obudziła nas 2-osobowa ekipa otwierająca most, zapraszając do wpłynięcia do portu. Okazali się oni być jednocześnie pracownikami portu jachtowego. Sam most to konstrukcja stalowo-drewniana, obracana ręcznie w poziomie o 90?, za pomocą specjalnego korbowodu. Co do zasady działania, może on w jakieś mierze przypominać most obrotowy w Giżycku. Ponieważ mieliśmy płynąć na południe, w kierunku rozwierania się Zalewu Kurońskiego, a wiatr miał być w tym dniu właśnie południowy (S), czyli niezwykle niekorzystny, zmuszający do wielokrotnego halsowania, zawierzyliśmy prognozie, która zakładała nazajutrz wiatry zachodnie (W), a więc z naszego punktu widzenia korzystne. Cały dzień postanowiliśmy więc spędzić na odpoczynku, w tym na zwiedzaniu Kłajpedy.
Pierwszą czynnością było oczywiście zgłoszenie się w bosmanacie, gdzie wypełniło się jakiś druk (kapitan i nazwa jachtu, długość, ilość załogi), wniosło opłatę portową za dobę (15 Euro) oraz wpłaciło kaucję (10 Euro). W zamian nieskrępowane miejsce przy kei, dostęp do energii elektrycznej na kei oraz łazienki i prysznica przy bosmanacie. W zasadzie cisza i spokój (gdyby nie akurat w tym dniu koszenie kosiarkami spalinowymi stoków zbocza zamkowego), miejsca postojowe zajęte były może w 1/3, a w każdym razie nie więcej niż 1/2. Nawiasem mówiąc, stając w zagranicznych morskich portach można uzmysłowić sobie, że pływanie takim jak nasz jachtem (7 m długości) godny uznania wyczyn. No bo każdy jacht stojący obok jest 2-3 razy większy oraz zwykle nafaszerowany rozmaitą elektroniką.
Po obowiązkowej toalecie wyruszyliśmy na zwiedzanie, śniadanie chcąc zjeść w jakieś knajpce w Kłajpedzie, licząc na coś miejscowego. Najpierw wspinaczka na szczyt fortu i spacer po ziemnych nasypach "zamkowych". Stamtąd rozpościera się widok na porty, mierzeję i część miasta. Po kilku chwilach konstatuje się, że określenie "port zamkowy" jest jednak nadane trochę na wyrost. Kamienno-ceglane resztki dawnego, jeszcze krzyżackiego zamku, ukryte są na szczycie, a odsłonięte jedynie niewielkie fragmenty fundamentów. Ziemne bastiony to pozostałości po XVI-wiecznej przebudowie. Raczej nic, może poza widokiem na okolice, wartego szczególnej uwagi. Kolejnym punktem zwiedzania było przejście po odrestaurowanym moście obrotowym (pierwowzór wykonano w 1855 r.). Dla jachtów jest on mniej więcej otwierany (przesuwany) od rana do wieczora, gdzieś na jakieś 20 minut w każdej pełnej godzinie. Idziemy kilkaset metrów w górę rzeki, do miejsca gdzie cumuje żaglowiec - barkentyna "Meridianas" (Południk). To dla Litwinów jest to jakby odpowiednik naszego "Daru Pomorza", choć znacznie od niego młodszy (wybudowany przez Finów dla ZSRR w 1948 r., w ramach reparacji wojennych). Następnie zwiedzamy lewobrzeżną część pozostałości starego miasta. Tak prawdę powiedziawszy to zbyt wiele do podziwiana raczej nie można uświadczyć... Wracamy ponownie nadrzecznym nabrzeżem, gdzie w jednej z restauracji zamawiamy (bardziej już obiadowe) dania kuchni typowo litewskiej: fantastyczny chłodnik litewski oraz cepeliny. Te rzeczy, przynajmniej w Kłajpedzie, okazały się być wyśmienite i warte polecenia...
Tuż przed wieczorem wracamy do portu, gdzie spotykamy jacht "Szafir", który dopłynął tu z Elbląga. Zapoznajemy się z załogą, oprócz oczywistego i obowiązkowego "wkupnego", dajemy gitarę, oni zaś akordeon. Należało współczuć cumującym obok Niemcom. Nazajutrz my będziemy wypływać na Zalew, elblążanie (po "zwiedzeniu" Kłajpedy) wyruszą dalej na północ brzegiem Bałtyku. Tak kończy się dla nas dzień i wieczór szósty, tym razem bez przepłynięcia choćby mili w rzeczywistości, ale za to wielu w odśpiewanych szantach...
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
marina i dystrybutor paliwa w Silute
stojąc na schodach przed budynkiem merostwa w Silute
styk rzeki Sysa z rzeką Niemen.
wody Zalewu i replika łodzi kurońskiej na tle Mierzei Kurońskiej
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
płynąc na północ Zalewu Kurońskiego
replika łodzi kurońskiej na tle wydm mierzei
spotkanie na falach Zalewu Kurońskiego
rozstanie na falach Zalewu Kurońskiego
 
Dzień 7 - wtorek, 23 lipca 2019
Tuż po godzinie 10.00, wraz z kolejnym otwarciem dla ruchu żeglownego mostu na kanałem zamkowym, wypływamy na silniku z rzeki, kierując się prosto na południe, w kierunku właściwego Zalewu Kurońskiego. Po lewej (wschodniej) stronie mijamy nabrzeża i instalacje portowe, czasem stojące przy nich statki. Wiatr rzeczywiście zaczął wiać zachodni (W), co zachęcałoby do płynięcia na żaglach w półwietrze, jednak wciąż znajdujemy się w ruchliwym porcie handlowym (przecina się również prostopadle tor wodny promów samochodowo-pasażerskich), gdzie takie zachowania są raczej niewskazane. Dodatkowo tor wodny jest "obsadzony" licznymi łódkami wędkarzy. Tak przepływamy odcinek blisko 7 km, mijając lewą burtą wyspę, po czym wreszcie wyłączamy silnik i zaczynamy rejs pod żaglami. Pogoda niezmiennie słoneczna, wiatr wręcz wymarzony: zachodni (W) o sile 3-4 B. Naszym celem jest port w Nidzie, położony na wschodnim brzegu Mierzei Kurońskiej. Dalej na południe, w odległości 3,0 km od tego portu znajduje się już granica z Rosją, a więc dalsze płynięcie nie jest pod żadnym względem wskazane. W tym dniu mieliśmy łącznie do przepłynięcia jakieś 29 Mm (ok. 47 km). Na żaglach rozwijaliśmy prędkość istotnie ponad 4 knotów, były częste okresy, że wiatr wzmagał się do 5-6 B. Mając stosunkowo niewielki zanurzenie, jedynie raz czy dwa, z ostrożności, zbliżyliśmy się zupełnie blisko brzegu, aby zgodnie z locją ominąć wypłycenia 1,0-1,5 m głębokości. Do rzadkości należało też kilkakrotne omijanie, oznakowanych flagami, sieci rybackich, które i tak były rozmieszczane w pobliżu brzegu, przy niewielkich przystaniach rybackich. Wietrzna, ale bezpieczna pogoda, pełne słońce i widok leśno-piaszczystych brzegów mierzei sprawiał, że takie "morskie" pływanie miało swój niepowtarzalny urok. Dziwił mały ruch (w oddali widoczny góra 2-3 inne żagle) na pełnym akwenie, ale przecież nie był to weekend.
Blisko godziny 17 zrzuciliśmy żagle i wpłynęliśmy na silniku do portu jachtowego w Nidzie. Stosunkowo z daleka można było wypatrzyć portową, charakterystyczną betonową wieżę i terminal pasażerski, które to budynki były akurat w generalnym remoncie. Po prawej stronie wejścia znajduje się port rybacki, po lewej stronie port i nabrzeża jachtowe. Tu czekała nas niespodzianka… Na naszą cześć, wciągnięto na główny maszt polską flagę (!). O naszej wizycie wiedziało merostwo Silute, a zastępca mera Sigitas (który jest żeglarzem i posiada własny jacht morski) oczekiwał nas na kei, zapraszając na powitalny poczęstunek na pasażerskim stateczku, zacumowanym przy sąsiednim nabrzeżu. Po krótkiej chwili, dokonaniu opłaty portowej w pobliskim budyneczku klubowym (10 Euro, szalety i prysznice w kontenerze), korzystaliśmy z osobistej gościny mera i zastępcy mera Silute oraz mera Nidy…
Po godzinie 19 (a wciąż było słonecznie) wybraliśmy się na plażę nad otwarte morze, na drugą stronę mierzei. Tam kolejna niespodzianka, silny wiatr 6-7 B, potężne fale i zakaz kąpieli. Po krótkim odpoczynku i podziwianiu krajobrazów wróciliśmy do Nidy. Jest to miasteczko kuracyjne, żyjące wyłącznie z turystyki oraz zapewne jeszcze w jakiejś mierze z tradycyjnego rybołówstwa. Skoro umiejscowione jest na piaszczysto-lesistej mierzei, przyrównać ją można do naszej Krynicy Morskiej, z tą różnicą, że nie ma aż takich tłumów, nie ma głośnej i natarczywej muzyki, jest tu o wiele ciszej, spokojniej i po prostu urokliwiej… Kładziemy się spać, jutro czeka nas rejs na drugą stronę Zalewu Kurońskiego i wpłynięcie na ujście Niemna. Tak skończył się siódmy dzień naszej podróży, a więc czasowo planowany półmetek…
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
jeszcze jedna pływająca replika
mijając przybyłe do Kłajpedy żaglowce na Święto Morza
zbliżając się o zachodzie słońca do główek portowych Kłajpedy
betonowe bloki i kamienie na wejściu do cieśniny
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
wychodząc na Bałtyk z Zalewu Kurońskiego
pierwszy zachód słońca na morzu, po wyjściu z Kłajpedy
płynąc na wysokości Półwyspu Sambijskiego
płynąc Kanałem Jagiellońskim w kierunku Elbląga
 
Dzień 8 - środa, 24 lipca 2019
Tuż przed godz. 8 rano, po obowiązkowych toaletach i śniadaniu, wyruszamy na kolejny spacer. Dzień ponownie słoneczny, a wiatr do rana niema zelżał całkowicie. Będąc w Nidzie, obowiązkowym punktem zwiedzania są wpisane na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO wydmy (co ciekawe, wniosek przygotowany i zrealizowany wspólnie przez Litwę i Rosję). W tym celu z portu należy przejść około 1,5 km leśnymi ścieżkami (pod koniec ostra wspinaczka po schodach), prowadzącymi do specjalnie wybudowanego punktu widokowego. Po drodze można zapoznać się z dawną kurońską architekturą drewnianą, a nade wszystko godne uwagi są posadowione w ziemi maszty z tzw. wimplami kurońskimi. Od połowy XIX w. do II wojny światowej specyficzne dla tego akwenu rybackie barkasy kurońskie posiadały na topach masztów specjalnie rzeˇbione (w różnych konfiguracjach czerni, bieli i czerwieni symbole graficzne, w zależności od wsi rybackiej) wskaˇniki kierunkowe wiatru, stając się symbolem i wyróżnikiem regionu.
Po powrocie, o godzinie 10 wychodzimy z główek portu w Nidzie. Po drugiej stronie Zalewu znajduje się nasz etapowy punkt docelowy: ujście rzeki Niemen. W linii prostej to jakieś 9 mil (ok. 14,5 km). Mając działający GPS i czytając locję, dotarcie w to miejsce jest sprawą w miarę łatwą. Jednak bez tego byłoby rzeczą niewątpliwie trudną, a w dawnych czasach wręcz niebezpieczną. Należy wiedzieć, że Niemen uchodzi do Zalewu Kurońskiego wieloma odnogami i jest to tak naprawdę wieloramienna delta. Ostatnim, północnym ramieniem Niemna jest rzeka o nazwie Atmata, do której właśnie mamy zamiar wpłynąć. Ale w to miejsce wpada od północy jeszcze inna rzeka, o nazwie Minija, z własnymi meandrami i minideltą, jest więc gdzie pobłądzić. Pamiętać też należy, aby nie zboczyć za bardzo na południe (niemal na wyciągnięcie ręki granica rosyjska), a od północy wrzyna się w wody Zalewu tzw. Cypel Windenburski (lit. Vent?s ragas), w przeszłości miejsce wypadków wielu łodzi i tratew, a współcześnie park narodowy i ostoja ptactwa.
Warunki wietrzne zmieniły się diametralnie. Wiatr stał się północny (N), skręcający do północno-wschodniego (N-E), a na dodatek osłabł do 1-2 B. Przeskok na drugą stronę był więc powolnym, leniwym rejsem, na koniec wspomaganym silnikiem. Około 13 docieramy do ujścia Niemna (Atmaty), zrzucamy żagle, płynąc wyłącznie na silniku. Wydawać by się mogło, że Niemen, będący dużą rzeką, musi być bardzo szeroki w samym swoim ujściu. Jednak z uwagi na ową deltę i posiadanie kilku ramion, ostatnie z nich (którym płyniemy) na szerokość około 200 m. Dla porównania ujście Wisły do Bałtyku na wysokości Mikoszewa ma szerokość około 400 m. O właściwości obranego kursu przekonują nas boje i pławy. Płyniemy wodami Niemna około 11 km. Okolice są w większości bezludne (zalewowe poldery), jednak od czasu do czasu widać maleńkie przystanie, a nawet na południowym brzegu napotykamy przystań rybacko-jachtową z ceglaną latarnią "morską", z naturalną plażą. Postanawiamy skorzystać z niej w drodze powrotnej.
Ostatecznie skręcamy w lewo i płyniemy na północny wschód w górę rzeki Sysa, nad którą leży miejscowość Silute. Gdybyśmy jednak popłynęli jeszcze 3 km dalej w górę Niemna, to dotarlibyśmy do miejsca, gdzie zaczyna on stanowić granicę litewsko-rosyjską. Pomimo tego Niemen jest żeglowny i Litwini mogą nim pływać np. z Zalewu Kurońskiego do odległego o ponad 200 km Kowna. My jednak mamy znacznie krótszą podróż. Płyniemy bardziej przypominającą nasz Kanał Elbląski rzeką, by po przebyciu 4,5 km dotrzeć do portu w Silute, gdzie jeszcze całkiem niedawno gotowaliśmy zupę... Była godzina 15:00 i w tym to właśnie momencie osiągnęliśmy półmetek (kilometrażowy) naszej wyprawy.
Litewscy przyjaciele zapewnili nam nocleg w miejscowym hotelu, niestety nie mieliśmy jednak czasu na jutrzejsze zwiedzanie okolicy. Prognoza pogody informowała, że wiatr ma być od czwartku do niedzieli wyjątkowo korzystny, bo północno-wschodni (N-E), a więc wracalibyśmy od Kłajpedy z wiatrem, jednak o ile w czwartek i piątek jego siła miała wynosić 3-4 B, to od soboty miał tężeć, nawet do 6-7 B. Postanowiliśmy nie ryzykować i w związku z czym wypłynąć już nazajutrz rano. Dzień ósmy zakończył się więc spacerem po miejscowości i lokalnym supermarkecie (tu interesowała nas typowa litewska żywność) oraz kolacją i noclegiem w hotelu.

Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kanał Jagielloński przed rzeką Elbląg
miejsce postojowe u stóp pochylni Całuny póˇnym popołudniem
podsumowanie udanego rejsu.
"płynąc po trawie" w Buczyńcu
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
"płynąc po trawie" w Buczyńcu
"płynąc po trawie" w Buczyńcu
"płynąc po trawie" w Buczyńcu
"płynąc po trawie" w Buczyńcu
 
Dzień 9, 10, 11 - czwartek, piątek i sobota, 25, 26 i 27 lipca 2019
Po śniadaniu i po drodze z hotelu, o godzinie 8 rano odwiedzamy Urząd Miasta, wizytujemy salę sesyjną i gabinety włodarzy, po czym żegnamy się z gospodarzami. W portowym bosmanacie regulujemy należność za postój jachtu (10 Euro) oraz dokupujemy w porcie blisko 40 litrów paliwa (chociaż zostało jeszcze ponad 20 i pewnie tyle znowu na koniec zostanie). Ceny benzyny okazują się być niemal identyczne jak w Polsce.
Równo o godz. 9:00 dobijamy od kei i wyruszamy w drogę powrotną. Tym razem płyniemy w dół Sysy, dalej w dół Niemna, aż do samego jego ujścia (po drodze kąpiel w Niemnie na wspomnianej plaży przy latarni), omijamy Przylądek Windenburski z jego latarnią morską, by tuż po 11.00 postawić żagle, wyłączyć silnik i rozpocząć kolejny rejs zalewowy. Tym razem czeka nas halsowanie, chociaż początkowo, z uwagi na szerokość Zalewu, nie tak częste. Pogoda wręcz wymarzona na takim akwenie. Piękne słońce, umiarkowana fala i wiatr ok. 4 B. Widzimy też trochę więcej żagli, z zainteresowaniem zaczynamy mijać repliki starych kurońskich łodzi, o ożaglowaniu rozprzowym lub gaflowym. To naprawdę piękny i zapadający w pamięć widok… Wiatr stawał się coraz bardziej północny (N), wiał od dziobu, więc ostatnie kilometry przed portem w Kłajpedzie pokonaliśmy na silniku, bez żagli. Tuż przed godziną 20 minęliśmy prawym trawersem kłajpedzkie porty jachtowe oraz stojące wzdłuż nabrzeża dwa żaglowce (niemiecki i rosyjski). Te z kolei przypłynęły do Kłajpedy na tradycyjne (ostatni weekend lipca) tutejsze Święto Morza. Zapewne spotkane repliki barkasów również płynęły w związku z tymi obchodami…
My jednak postanowiliśmy nie zawijać do żadnego z portów i płynąć dalej, na pełne morze. Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy zgłosiliśmy przez radiotelefon swój zamiar wyjścia na Bałtyk, około godz. 20:30 (naszego czasu) postawiliśmy żagle, kierując się na południowy zachód, w kierunku Helu. Wiatr był korzystny, wiał dokładnie z północy (N), tak więc nocne pływanie zaczęliśmy na baksztagu, z prędkością ponad 4 kts, ustalając początkowy kurs ponownie na "punkt przełamania". Około godziny 21 zaszło słońce, po niecałej godzinie zapadły ciemności, a my kontynuowaliśmy nużące sterowanie i trzymanie kursu. Tym razem było naprawdę ciemno, księżyc znajdował się w nowiu, a więc tym razem nie świecił. Szybko okazało się, że Henryka dopadła choroba morska, która lekko dawała o sobie znać już na falach Zalewu Wiślanego, ale z prawdziwą mocą odezwała się na otwartym Bałtyku. Póki co ten marynarz był dla załogi "stracony", my zaś mieliśmy najwyżej po dwie godziny leżenia na zmiany w kajucie…
Rozpoczynał się kolejny dzień. Tuż przed 5 rano zrobiło się jasno, wzeszło słońce. Wiatr zaczął odkręcać jeszcze około północy, ale nad ranem ustalił się na północno-wschodni (N-E), co oznaczało, że płynęliśmy idealnie prosto z wiatrem. Tylko z pozoru była to sytuacja korzystna. Trudno powiedzieć, jak byłoby w przypadku większych jachtów, ale nas wciąż bujało z jednej strony na drugą, grot chciał raz być na prawym halsie, raz na lewym, zasłaniając wciąż łopoczącego foka. Postanowiliśmy zrzucić grota i płynąć wyłącznie na przednim foku. Prędkość była niewiele mniejsza (wciąż powyżej 4 kts), ale komfort płynięcia i sterowania znacznie większy. Około godziny 17 minęliśmy nasz "punkt przełamania", tym razem jednak nie chcieliśmy aż tak daleko płynąć od brzegu, obraliśmy kurs na miejsce odległe od Sambii niewiele ponad 12 mil (praktycznie "na styk"), zakładając, że tyle właśnie powinno wystarczyć. Nie było też większego sensu płynąć na Hel, skoro wiatr jest ciągle korzystny, powoli skręcający na wschodni (E). Po minięciu Sambii obraliśmy zatem kurs bezpośrednio na ujście Wisły. Ruchu statków nie było praktycznie żadnego, co najwyżej raz minął nas jakiś kontenerowiec. Płynęliśmy wciąż pełnym baksztagiem, skończył się dzień, ponownie przed 21 zaszło słońce i zapadł mrok, a my rozpoczęliśmy ostatnią noc morskiego pływania. W międzyczasie minęliśmy Bałtijsk, przez dłuższy czas widząc światła jakiś dwóch jednostek pływających (wojskowych?), jednak nic szczególnego się nie wydarzyło. Minęła północ i reszta nocy. Po godz. 4 rano, tuż przed świtem zbliżyliśmy się do ujścia Wisły, wiatr wzmagał się do 4B, z tendencją wzrostową. Pomimo tego, że mieliśmy pełny półwiatr, w końcowej fazie zrzuciliśmy żagle i tuż przed godz. 5 rano weszliśmy na Wisłę na silniku, ciężko walczącym z boczną falą. Byliśmy jednak ostrożni, pamiętając poprzednie przygody i kłopoty podczas pływania pod żaglami, napotykając jednocześnie w poprzek rozstawione sieci rybackie. Tym razem obyło się bez kłopotów. Kiedy tylko wpłynęliśmy na wody wiślane, naszemu załogantowi przeszła, jak ręką odjął, choroba morska.
Płyniemy Wisłą, na niebie ponownie silne słońce, od kilku godzin trwał już nowy, sobotni dzień. O ile tydzień temu nasz morski przeskok do Kłajpedy trwał dzień, noc i cały dzień (ok. 40 godzin) - to droga powrotna zajęła nam noc, dzień i noc (ok. 33 godzin). Pomimo ewidentnych braków w śnie postanowiliśmy płynąć dalej, całą sobotę, aż do wieczora, zamierzając minąć Elbląg i dotrzeć przed nocą do pierwszej pochylni. To oczywiście już na silniku.
Około godziny 7 rano docieramy do śluzy Gdańska Głowa, gdzie przez nieuwagę wpadamy sterem i balastem (szczęśliwie niegroˇnie) na wychodzący daleko w wodę od strony południowej kamienny nasyp. Kładziemy maszt, licząc na szybkie przejście śluzy o godzinie 8 rano. Tu jednak czekał nas srogi zawód. Mijały minuty, a nic się nie działo. Owszem, pojawił się starszy pan, który okazał się być śluzowym, ale oznajmił, że śluzowania nie będzie (!). Na pytanie: - dlaczego?; odpowiedział, że - nie, bo jest różnica poziomu wód (!). Tak absurdalne wyjaśnienie wydawało się być żywcem zapożyczone z jakiegoś filmu Barei. Przecież śluzy są właśnie po to, aby pokonywać różnicę poziomu wód… Pomijając już sam fakt, że w tej właśnie chwili ta różnica pomiędzy Szkarpawą i Wisłą wynosiła może z 10 cm, to śluzowy miał swoje niepodważalne argumenty, w rodzaju: - a kto potem domknie wrota?, bo ja nie dam rady (co oznaczało, że raczej nie potrafił obsługiwać elektroniki i pilota, a na kręcenie korbą raczej nie miał już sił); - możecie krzyczeć, ale i tak to nie pomoże, wczoraj jedni czekali 3 godziny, aż woda się wyrównała, a dziś to może być i dłużej… Innymi słowy, na śluzie Gdańska Głowa wynaleziono nowy rodzaj śluzowania. Polega ono nie na wpuszczaniu lub wypuszczaniu z komory śluzowej wody, ale na czekaniu na równe poziomy wody i jedynie otwieraniu i zamykaniu wrót… Na (wielkie) szczęście dla nas po (dłuższej) chwili pojawił się ktoś młodszy i nasz jacht w końcu "tradycyjnie" prześluzował…
Dalsza część podróży to długotrwałe płynięcie Szkarpawą, Nogatem i Kanałem Jagiellońskim do Elbląga, przez który przepływamy około godziny 16. Jeszcze 2-godzinna przeprawa przez jezioro Druzno, kilka kilometrów Kanału Elbląskiego i o godzinie 19:00 docieramy do miejsca postojowego: dolnego stanowiska, pierwszej od strony Elbląga pochylni Całuny. Od wyjścia z portu w Silute płynęliśmy bez przerwy na nocleg dokładnie 58 godzin. Tak oto powoli kończył się przedostatni dzień naszej eskapady, choć sam wieczór dopiero się zaczynał. Po minionej rewitalizacji kanału (lata 2012-2015) żeglarze i wodniacy zyskali m.in. urocze miejsce na postój i biwakowanie, z możliwością spędzenia mile wieczoru i nocy na ogrodzonym polu u samego podejścia do pochylni. Z takiej okazji oczywiście skorzystaliśmy, mając zresztą jeszcze sporo zapasów w jadle i napojach... To była idealna możliwość podsumowania naszej, było nie było, udanej wyprawy. Nie dość, że nikt nie zginął lub nie zaginął, to jeszcze wróciło z rejsu więcej osób niż na niego wypłynęło…
Kliknij aby powiekszyc
Kliknij aby powiekszyc
"płynąc po trawie" w Buczyńcu
pierwszy i jednocześnie ostatni deszcz
 
Dzień 12 - niedziela, 28 lipca 2019
Nazajutrz, po dokonaniu stosownych opłat za przejście, wyruszyliśmy równo o godzinie 8.00 w górę szlaku pochylniowego. Byliśmy póki co jedyni na szlaku, pierwsze statki pasażerskie minęliśmy godzinę póˇniej, na wysokości pochylni Oleśnica i Kąty. W stronę Ostródy płynęliśmy wówczas sami, nikomu nie trzeba było ustępować pierwszeństwa, w praktyce, gdy tylko dopływaliśmy do danej pochylni, natychmiast wpływaliśmy na wózek i uderzaliśmy w gong, jacht osiadał na platformie wózka i wspinaliśmy się po grzbiecie stoku. Cały odcinek pochylniowy (blisko 10 km długości i 100 m wysokości) pokonaliśmy w 2 godziny i 10 minut, gdyż tuż po godzinie 10. wpłynęliśmy do basenu na stanowisku górnym pochylni Buczyniec. To niezwykle szybko, ale taki rezultat możliwy jest do osiągnięcia wyłącznie z samego rana lub pod wieczór, kiedy ruch statków pasażerskich jest znikomy lub najlepiej żaden - oczywiście z punktu widzenia spieszących się żeglarzy, a nie podziwiających funkcjonowanie zabytku techniki turystów...
To był również spory fart, że w czasie całej podróży nie dopadły nas sztormy, porywiste wiatry czy nagłe burze lub choćby mgły. Nawet na pełnym morzu przez ledwie chwilę pokropił raz jedyny niewielki deszczyk. No ale co się odwlecze... Dopiero u samego końca drogi powrotnej, na jeziorze Ilińsk przy Miłomłynie dopadła nas ulewa, która zresztą i tak nie trwała dłużej niż jakieś 20 minut. Jak na rejs trwający niemal 2 tygodnie była to okoliczność tyleż pomyślna, co warta odnotowania. Po łącznym pokonaniu blisko 1000 km dróg słodkich i słonych, po 12 dniach i 11 godzinach od odejścia od klubowej kei w Ostródzie w dniu 17 lipca, dobiliśmy ponownie do niej w dniu 28 lipca, tuż po godzinie 19. Pamiętając, że 1 dzień spędziliśmy na Helu oraz 1 dzień w Kłajpedzie, nasz rejs zamknął się w 10 i pół dniach samego płynięcia.
Stawiamy maszt, umawiając się na następny dzień na zabranie swoich rzeczy i podzielenie się pozostałym po rejsie prowiantem. To ostatecznie zakończyło naszą morską wyprawę.

Członkowie załogi:
1) Cezary Wawrzyński,
2) Roman Górski,
3) Kazimierz Punpur,
4) Henryk Szubstarski.

Cezary Wawrzyński
Ostróda, sierpień/wrzesień 2019 r
Foto załoga s/y Kono Smog